Montag, 1. Juni 2015

Kształowanie cen za tłumaczenia – wskazówki dla początkujących tłumaczy w Niemczech

Cena tłumaczenia powinna być adekwatna do jakości pracy i fachowości tłumacza.
Droga Koleżanko, drogi Kolego!

Jesteś początkującym tłumaczem? Jeśli tak, to cieszę się, że odkryłeś ten artykuł - jest on bowiem sprawozdaniem z moich własnych meandrόw na drodze zawodowej i być może znajdziesz w nim to i owo dla siebie, co pozwoli Ci uniknąć niektόrych, typowych dla nowicjuszy, błędόw.

Kształtowanie cen to nie tylko głόwny temat tego artykułu, ale też jeden z najważniejszych aspektόw samodzielnej pracy zawodowej, decydujący o zawodowym sukcesie, co jednak – o czym wiadomo mi z licznych rozmόw z kolegami i koleżankami po fachu - podczas studiόw jest traktowane bardzo po macoszemu, na skutek czego wielu początkujących tłumaczy zostaje wciągniętych w spiralę dumpingową, z ktόrej często nie ma innego wyjścia, jak rezygnacja z zawodu tłumacza.

Przyznaję się bez bicia, że ja sama, zaczynając przed ponad 10 laty pracę tłumacza, też długo błądziłam – ale obecnie interes idzie dobrze. Tak więc właściwie nie miałabym żadnej motywacji do napisania tego artykułu, gdyby nie rozmowa z pewną początkującą koleżanką po fachu, ktόra właśnie skończyła studia i nie miała zielonego pojęcia, ile brać za tłumaczenie - i zwrόciła się w tej sprawie do mnie. To natomiast przypomniało mi moje pierwsze kroki…

"ILE KOSZTUJE U PANI TŁUMACZENIE?"
Tłumaczenia wykonywałam już podczas studiόw. Byłam studentką socjologii na jednym z niemieckich uniwersytetόw i, jak to często bywa w przypadku studentόw-obcokrajowcόw, od okazji do okazji proszono mnie o przetłumaczenie jakiegoś drobiazgu z języka polskiego lub na polski. Wszystko zaczęło się od jakiegoś maila, pόźniej był to artykuł z fachowego czasopisma, następnie kilka rozdziałόw książki, a na koniec nawet umowa współpracy pomiędzy uczelniami.
Dosyć szybko zorientowałam się, że w tłumaczeniach czuję się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Potrafiłam pracowac sprawnie i wydajnie, lubiłam szperać po słownikach i uczyć się słownictwa z nowych dziedzin, z przyjemnością wyszukiwałam odpowiednie słowa i wyrażenia. Była to ponadto praca, ktόrą mogłam wykonywac w własnych czterech ścianach, co było dla mnie plusem nie do pogardzenia, bo zawsze bardzo lubiłam pracować w domu.
Te pozytywne doświadczenia spowodowały, że postanowiłam przekwalifikować się na tłumacza. Wiedziałam oczywiście, że istnieją specjalne studia wyższe w tym kierunku, ale po ukończeniu studiόw socjologicznych nie miałam ochoty zaczynać wszystkiego od nowa. Rozejrzałam się zatem za alternatywnymi możliwościami, zdałam państwowy egzamin dla tłumaczy przysięgłych w Państwowym Urzędzie Egzaminacyjnym w Darmstadt, a następnie złożyłam przysięgę tłumacza we właściwym miejscowo sądzie. Będąc już w posiadaniu pieczątki tłumacza przysięgłego zainwestowałam w reklamę. Pozostało tylko czekać na zlecenia.

I rzeczywiście - niedługo potem zadzwonił pierwszy klient.
Pamiętam dobrze tę rozmowę, a raczej uczucie z nią związane – a czułam się nieswojo, bowiem pierwsze pytanie klienta dotyczyło nie moich uprawnień tłumacza czy umiejętności fachowych, tylko ceny tłumaczenia. Tak, jakby owe umiejętności i uprawnienia nie odgrywaly najmniejszej roli. Jakby cena była jedynym kryterium wyboru tłumacza.

Stymże dosyć szybko okazało się, że to nie złudzenie, a rzeczywistość, i że w dodatku nie jest to rzadkością, a regułą.
Już po kilku tygodniach miałam serdecznie dosyć zapytań, zaczynających się od słόw: „Ile kosztuje u Pani tłumaczenie…?“. Nie potrafiłam i nie chciałam tego zrozumieć, było to dla mnie irytujące i nielogiczne. Przecież klienci ci mieli do tłumaczenia ważne dokumenty, były to akty, świadectwa, wyroki i inne dokumenty – przecież musiało to być dla nich ważne, żeby tłumaczenie było wykonane należycie i fachowo. Lecz mimo to pierwsze i z reguły jedyne pytanie brzmiało zazwyczaj: „Ile kosztuje…“.
Na pytanie to zawsze potrafiłam odpowiedzieć w miarę dokładnie, bo zapoznałam się z § 11 ustawy JVEG i wiedziałam, ile kosztuje wiersz i jak to się ma mniej więcej w przeliczeniu na konkretny dokument. Stymże wtedy nie wiedziałam jeszcze jednego: że wielu tłumaczy pozyskuje klientόw przez dumping cenowy. Tak więc z początku nie potrafiłam wogόle zrozumieć, co oznacza rzucane pod koniec rozmowy zdanie: „To ja się jeszcze zastanowię“ . Że tak naprawdę oznacza to „Nie, dziękuję, wolę poszukać dalej, aż gdzieś znajdę coś tańszego“, skonstatowałam o wiele pόźniej, po rozmowie z jedną klientką, ktόra była na tyle szczera, żeby powiedzieć pod koniec rozmowy, że ona woli pόjść do pani X. bo pani X. jest „tańsza“.


ŻER DLA SKNER
Sytuacje takie powtarzały się regularnie i w końcu doszłam do wniosku, że moje ceny są po prostu za wysokie. Ostatecznie przecież dopiero zaczynałam pracę, więc może powinnam liczyć taniej. Nadal jednak nie rozumiałam, dlaczego doświadczeni koledzy i koleżanki po fachu nie trzymają się cennika dyktowanego przez JVEG. JVEG było i nadal jest przepisem, wytyczną, do ktόrej należy się stosować. Jednak najwyraźniej nie tylko klienci prywatni czy firmy nie traktowali JVEG jako poważny argument, bo nawet prawnicy, ktόrzy przecież sami pracowali według przepisowej taksy, woleli „zastanowić się“ – czyli mόwiąc wprost: obtelefonować jeszcze dziesięciu tłumaczy, żeby znaleźć kogoś, kto policzy 5 centόw taniej od wiersza.

Byłam zdezorientowana tą paradoksalną sytuacją i narastało we mnie przekonanie, że coś robię nie tak. Dlatego też przemyślałam gruntownie moją politykę cenową i postanowiłam podzwonić po koleżankach po fachu, aby dowiedzieć się, jak one sobie radzą w kwestii cen.
Jednak już pierwsza rozmowa całkowicie zbiła mnie z pantałyku. Koleżanka ta, usłyszawszy kim jestem i w jakiej sprawie dzwonię, ryknęła na mnie wpierw głosem stentorowym: „Skąd Pani ma ten numer i czego Pani właściwie ode mnie chce?!?!“, poczym rąbnęła z impetem słuchawką, kończąc w ten sposόb rozmowę, i sprawiając, że zabrakło mi odwagi, żeby jeszcze tego samego dnia dzwonić do kogoś innego.
Wobec czego zmieniłam taktykę i dnia następnego obtelefonowałam resztę koleżanek i dwa rodzynki płci męskiej w moim mieście, podając się za klientkę. Wynik tych rozmόw pozbawił mnie reszty iluzji. Przeciętna cena od wiersza wynosiła 20 centόw. Jedna z koleżanek pracowała nawet za 15. Dobra, mowa o czasach sprzed dziesięciu lat, ale mimo tego ceny te były po prostu śmieszne. Dopiero teraz zaczęłam rozumieć, dlaczego urzędniczka w niemieckim urzędzie pracy, do ktόrej zwrόciłam się w sprawie dofinansowania na rozkręcienie działalności, spojrzała na mnie jak na raroga i spytała z niedowierzaniem: „I z tego chce pani wyżyć?“

Aby utrzymać się z mojej pracy potrzebne mi były regularne zlecenia. I wszystko wskazywało na to, że zlecenia te mogę pozyskać jedynie za pomocą cenowego dumpingu.
Tak więc ceny powędrowały porządnie w dόł. Naprawdę porządnie. Postanowiłam pracować poniżej ceny podanej przez „najtańszą“ koleżankę w obrębie 30 km.
Aż w końcu – chwała niebiosom! – stał się cud! Nagle zaczęłam otrzymywać zlecenia. Dużo zleceń. Oczywiście przy takich cenach dochody pozostawiały wiele do życzenia, poza tym pracowałam często gęsto po nocach, bo żeby tylko zarobić, przyjmowałam wszystko jak leci i stosowałam się do nawet najbardziej absurdalnych terminόw, podanych przez klientόw – ale najważniejsze w tym momencie było dla mnie, że coś się nareszcie ruszyło. Na razie nie przeszkadzało mi, że pracuję coraz więcej a zarabiam coraz mniej. Miałam zlecenia – tylko to mnie chwilowo interesowało. Nieważne było też, że że zlecenia te odbierałam praktycznie kolegom, stosując cenowy dumping.
Pułapka dumpingowa zatrzasnęła się - a ja siedziałam w środku.

Jednak gdzieś tak po roku źrόdło dochodόw zaczęło powoli wysychać. Z jakiegoś powodu zleceń było coraz mniej. Po namyśle stwierdziłam, że powód może być tego tylko jeden. I rzeczywiście: szybko okazało się, że w mieście pojawiła się jakaś „nowa“, ktόra robiła tłumaczenia po jeszcze niższych cenach. Byłam przekonana, że koleżanka ta ma za sobą identyczną drogę jak ja, włączywszy anonimowe telefony. Prawdopodobnie nawet to ze mną rozmawiała i właśnie ta rozmowa skłoniła ją do zaniżenia cen – poniżej moich. Wyglądało zatem na to, że sama sobie wykopałam dołek, w ktόry właśnie wpadłam. Nawet ci spośrόd moich klientόw, ktόrzy do tej pory wielokrotnie podkreślali, jak bardzo są zadowoleni z mojej pracy, teraz woleli iść do „nowej“.

Postanowiłam do niej zadzwonić – błędne koło! - podając się za klientkę. Ceny, ktόre mi przez telefona podała, były tak nieprawdopodobnie niskie, że nie mogłam powstrzymać się i spytałam ją, jak właściwie ma zamiar utrzymać się z takich dochodόw. Och, wcale nie ma takiego zamiaru, bo nie musi – brzmiała pogodna odpowiedź koleżanki – zaraz po studiach urodziła bowiem dziecko, wyszła za mąż i teraz pracuje sobie tylko tak, dla odmiany, wieczorami, gdy ma troche czasu, a jak to jakiś drobiazg to chętnie zrobi go nawet za darmo. 15 Euro, powiedziała mi, gdy zapodałam, że mam do tłumaczenia 5-cio stronicowy wyrok rozwodowy.
A czy mogłabym też dostać rachunek?
Nie, no po co, przecież możemy rozliczyć się tak, do ręki.
Dumping cenowy i praca na czarno - coraz mniej mi sie to podobało.

KTO POD KIM DOŁKI KOPIE I KOPANIA SKUTKI
Po tej rozmowie przez długi czas nie mogłam zebrać myśli. Pόki co, nie widziałam żadnej możliwości, aby utrzymać się z mojej pracy. Mogłam rzeczywiście po raz kolejny obniżyć ceny. Tyle, że było to właściwie niemożliwe, bo oznaczałoby to, że praktycznie pracowałabym za darmo. A na to znowu nie mogłam sobie pozwolić, bo nie miałam nikogo, kto zabezpieczyłby mnie finansowo. Oprόcz państwa, w formie zasiłku socjalnego. Czyli co – zrezygnować z pracy i wystąpić o zasiłek?
Albo rzeczywiście pracować na czarno?
Byłam w przysłowiowej kropce.

Dopiero po latach, gdy założyłam w internecie własną grupę dyskusyjną dla tłumaczy, ktόrą prowadziłam przez kilka lat, dowiedziałam się, że - zarόwno początkujący tłumacze jak i „stare wygi“ - wszyscy mieli ten sam problem: niezależnie od tego, jak nisko plasowała się ich ceny i jak bardzo starali się dostosować do wymagań cenowych klientόw, wcześniej czy pόźniej wpadali w wykopany własnoręcznie dołek, bo zawsze znalazł się ktoś, kto liczył taniej, tylko po to, aby zwabić klientόw. Był to rodzaj spirali, ktόra, jak się dowiedziałam, zmusiła wielu kolegόw do rezygnacji z zawodu tłumacza. Albo do przyjęcia pierwszej lepszej dorywczej posady i do długoletniej wegetacji w pracy na poziomie robotnika niewykwalifikowanego, nie mającej nic wspόlnego z kwalifikacjami i umiejętnościami tej osoby.

Lecz sama, będąc początkującą tłumaczką, nie wiedzialam jeszcze nic na ten temat i kwestia, jak wyżyć z pracy tłumacza, stanowiła dla mnie jedną wielką zagadkę. Ale wiedziałam jedno: jakoś musi mi się udać. Przecież istniały duże, prężnie działające biura – tak więc zasadniczo było to możliwe. Gdzieś, hen daleko, musieli zatem istnieć klienci, dla ktόrych profesjonalna jakość pracy odgrywała rolę i ktόrzy byli gotowi zapłacić za tłumaczenie odpowiednią cenę.
Trochę to potrwało, zanim udało mi się obmyślić nową strategię i sposόb, w jaki udało mi się dotrzeć do odpowiednich klientόw. Ale to wszystko, co się w tym czasie wydarzyło, to już inna historia i temat na odrębny artykuł, ktόry być może niebawem napiszę.

Ważne jest, że w efekcie moich starań udało mi się dotrzeć do „moich“ klientόw, co jednak udało mi się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy stałam się świadoma wartości mej pracy, wymagając konsekwentnie adekwatnej zapłaty. Jasne, ten czy όw klient odszedł w ten sposόb w siną dal. Ale mimo to upierałam się przy swoim i nie dałam się zbić z pantałyku, dzięki czemu krok po kroku wydostałam się z dumpingowej spirali, w ktόrej to coraz więcej pracowałam a coraz mniej zarabiałam. Po paru latach klientela ustabilizowała się na tyle, że irytujące pytania o cenę tłumaczeń właściwie należały już do rzadkości. Zamiast tego coraz regularnie udzielałam informacji na temat moich kwalifikacji i specjalizacji klientom, dla ktόrych nienaganna jakość pracy stanowiła czynnik, decydujący o udzieleniu zlecenia.
Oczywiście nadal dowiadywałam się od czasu do czasu, że pani X, Y. czy Z liczą sobie od strony jedynie 10, 8 czy nawet 5 Euro, ale informacje takie spływały po mnie jak przysłowiowa woda po kaczce. Gdy jakis klient pyta, dlaczego żądam aż tyle za tłumaczenie, podczas gdy pani X. pracuje za 8 euro od strony, odpowiadam od lat tylko jedno i to samo: każdy tłumacz musi sam wiedzieć, jak pracuje i jaką wartość przedstawia jego praca.

JAKA PRACA, TAKA PŁACA
I tak oto zbliżamy się niniejszego artykułu, a na koniec mam dla Was, drodzy Koledzy i Koleżanki, właściwie tylko jedną poradę:
Niezależnie od tego, czy przekwalifikowaliście się czy też studiowaliście tłumaczenia, niezależnie od tego czy zaczynacie dopiero pracę w zawodzie czy też macie długoletnie doświaczenie, niezależnie od tego, czy pracujecie w pełnym wymiarze godzin czy z doskoku – jesteście fachowcami.
Oferujecie klientom Wasze umiejętności fachowe i ponosicie też odpowiedzialność za jakość Waszej pracy. Wasza praca odgrywa ważną rolę i wymaga nie tylko wspomnianej wiedzy fachowej ale też starania, uwagi i odpowiedniego nakładu czasu – a to wszystko musi mieć swoje odzwierciedlenie w cenie. Jeśli pracujecie za pół darmo, to jesteście praktycznie chodzącą antyreklamą własnego interesu, równie dobrze moglibyście wszem i wobec ogłosić, że fachowość nie jest Waszą mocną stroną i że jakość Waszej pracy pozostawia wiele do życzenia.

Jeśli stosujecie dumping cenowy, aby tylko otrzymać zlecenia, to prawdopodobnie uda się Wam się przez krótki okres czasu otrzymywać więcej zleceń. Tyle że strategia ta raczej wcześniej niż później okazuje się dołkiem, w który samemu się wpada – stosując dumping psujecie sobie bowiem swój własny interes.
Dlatego też miejcie odwagę kształtować ceny tak, żeby w pełni odpowiadały wartości Waszej pracy. Inaczej zepsujecie sobie nie tylko własną renomę, ale też wyświadczycie niedźwiedzią przysługę samym klientom. Klienci ci bowiem, kierując się błędnym przeświadczeniem, że tłumaczenia to praca łatwa i przyjemna, nie powiązana z żadną większą odpowiedzialnością czy umiejętnościami, będą szukali coraz tańszych tłumaczy, i trafią w końcu rzeczywiście na jakiegoś partacza, którego tłumaczenie nie zostanie uznane w urzędzie czy innym miejscu przeznaczenia – co dla klienta oznacza tylko strate czasu i nerwów. Nierzadko tłumaczenie takie trzeba robić raz jeszcze, czyli zamiast oszczędności dla klienta powstają tylko podwójne koszty.

Jeśli dopiero zaczynacie działalność tłumacza, to nie zniechęcajcie się początkowymi trudnościami w pozyskiwaniu klientów. Trzymajcie się JVEG i kształtujcie ceny tak, aby odzwierciedlały one wartość i jakość Waszej pracy. A jeśli jesteście zdania, że jako początkujący nie posiadacie jeszcze odpowiedniego doświadczenia, aby liczyc po normalnych stawkach, to pracujcie nad sobą. Chodźcie na szkolenia, dokształcajcie się autodydaktycznie, róbcie cokolwiek, aby Wasza praca zyskiwala coraz lepszą jakość. Właściwie sama etyka zawodu tego wymaga – o własnych aspiracjach i ambicjach nie wspomniając. Jeśli dajecie rabaty na większe zlecenia, co samo w sobie jest dobrą strategią cenową, to jednak zawsze zastanówcie się dwa razy, czy rabat ten jest realistyczny i odpowiada zainwestowanemu w tłumaczenie nakładowi pracy. Nie dajcie się skusić obietnicami „regularnej współpracy“, „polecenia dalej“, czy „późniejszego dużego zlecenia“ i nie sprzedawajcie się poniżej Waszej wartości - ani klientom prywatnym ani firmom.
Nie dajcie się też skusić do pracy bez rachunku, żeby tylko pozyskać klienta – praca na czarno jest poważnym wykroczeniem i możecie być pewni, że kiedyś ktoś „życzliwy“ powiadomi o tym urząd skarbowy.
Myślcie długofalowo.
Bądźcie uczciwi – wobec klientów, kolegów po fachu, państwa… i wobec siebie samych.

Pracujcie profesjonalnie i nie bójcie się, że nie uda Wam się rozkręcić interesu ze względu na zbyt małą ilość zleceń.
Europa i świat się zrastają – wobec czego pracy jest i zawsze będzie dosyć. Dla nas wszystkich.
© 2002-2018 lingua74

Blog Style by lingua74, Powered by Blogger

Diese Webseite verwendet Cookies. Mit der weiteren Nutzung erklären Sie sich damit einverstanden. Über Ihren Browser können Sie das Setzen von Cookies jederzeit deaktivieren. Das kann jedoch die Funktionen der Webseite einschränken. Weitere Informationen finden Sie in meiner Datenschutzerklärung.
Hier gelangen Sie zur Datenschutzerklärung von Google Inc. („Google“).
OK